Scena pierwsza: Koleżanka wraca tramwajem ze szkoły. Torba ciężka, teczka jeszcze bardziej. Samopoczucie nie teges, w głowie zawroty, na dworze duszno. Na szczęście pojawia się wolne miejsce siedzące. Koleżanka zajmuje więc miejsce i od razu jej trochę lepiej. Nie długo jednak się cieszy, bo oto nad jej głową pojawiają się dwie kobiety w sile wieku. Niby od niechcenia trącają ją torebkami, siatkami z zakupami. Napierają na siedzącą chcąc wymusić zainteresowanie. I mówią, niby do siebie: „Ta dzisiejsza młodzież to jest taka, że starszemu miejsca nie ustąpi, proszę pani. Taka to ona, ta młodzież, jest”.
Scena druga: Tramwaj. Jedziemy sobie ze znajomymi dokądkolwiek. Do pojazdu wsiada starsza pani. Z trudem wchodzi po stopniach, podpiera się laską. Gdy udaje jej się pokonać pierwszą przeszkodę, rozgląda się z nadzieją po tramwaju. Miejsc siedzących brak. Nie zwracając na siebie uwagi, starsza pani próbuje utrzymać równowagę w jadącym wagonie. Nikt na nią nie spojrzy, nikt nie ruszy się, aby ustąpić miejsca. A widać, że miejsce potrzebne. Rozpoczynamy ze znajomymi przesadnie głośną rozmowę: „Zobacz, starsza pani wsiadła do tramwaju i nikt nie chce jej miejsca ustąpić!”. Ktoś zafrasowany podnosi się z krzesła. „Niech pani usiądzie”.
Scena trzecia: Stoję na przystanku i czekam na autobus. Nic nie jedzie, a nogi bolą. Ławki brak. Jest tylko krawężnik przy zatoczce. Usiadło by się na krawężniku. Ale ubranie eleganckie, mogło by się pobrudzić. Poza tym kto to widział, żeby dorosła kobieta na krawężniku siedziała. Wstyd. Nie siadam. Czekam cierpliwie na stojąco.
Scena czwarta: Ja ze znajomymi na Starym Rynku, ładnych kilka lat temu. Grupa roześmianych ludzi w glanach. Spacerujemy po bruku, mijamy Ratusz. Ktoś rzuca propozycję: „Usiądźmy”. I usiedliśmy. Tam gdzie staliśmy, na bruku przed Ratuszem, od razu i bez zastanowienia. I wtedy czułam się naprawdę wolna…
